Zanim zacznę relację z przepięknego przyjęcia weselnego Ani i Marcina czytelnikom blog należy się kilka słów wyjaśnień. Otóż jak zapewne większość z Was widzi blog powstał w 2009 roku i większość relacji jest z tego właśnie sezonu. W 2010 udało mi się umieścić tylko jeden wpis. Trochę z lenistwa, trochę z braku czasu. Kilkadziesiąt przyjęć rocznie plus własna firma skutecznie odciągnęły mnie od pisania bloga. Jak się jednak okazało, wiele par, które decydują się zawrzeć z nami umowę skrupulatnie bloga czyta i jest zawiedziona, że został porzucony. I tak właśnie za namową kilku par, z którymi ostatnio miałem spotkania, postanowiłem powrócić do pisania. Wątpię, żeby udało mi się opisać wszystkie wesela ale postaram się przynajmniej kilka w sezonie zrelacjonować.

 

A więc wracamy do daty 1 lipca 2011 i przenosimy się do bajecznego dworku w Otrębusach.

Anię i Marcina poznaliśmy kilka lat wcześniej (niestety pamięć już nie ta) na weselu w Dębe Wielkie. Nasza oferta przypadła im do gustu i dlatego zaprosili nas na własne przyjęcie. Muszę przyznać, że pałacyk w Otrębusach to chyba najciekawsza sala weselna na jakiej mieliśmy okazję grać. Owszem, graliśmy w pałacach, willach i innych pięknych miejscach ale w nich zawsze coś było nie tak. Czasem zawodziła obsługa, czasem jedzenie a tutaj wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie. Już w progu przywitał nas menedżer obiektu, bardzo sympatyczny chłopak, nakreślił plan wydarzeń i ustalił wszystkie szczegóły. Później mieliśmy specjalnego łącznika, który cały czas nadzorował, żeby nasza praca przebiegała bez zakłóceń. Posiłki dostawaliśmy jako pierwsi co pomagało nam przygotować się do wejścia za stały, zanim goście zdążyli skończyć konsumpcję. Niestety rzadko się to zdarza, zwłaszcza na tak „elitarnych” salach weselnych. Tutaj miłe zaskoczenie i pełny pozytyw.

Dość jednak słodzenia Otrębusom, bo zostanę posądzony o kryptoreklamę ale ręczę, że tak nie jest. Po prostu na to zasłużyli.

Wracając do samego przyjęcia weselnego to zaczęło się ono bardzo późno, bo przed godziną 21:00. Zatem musieliśmy szybko nadgonić. Jak się później okazało, tempo, które narzuciliśmy wystarczyło, żeby goście  wybawili się do granic możliwości. Każdy kto chciał wypić, pośpiewać i potańczyć myślę, że był usatysfakcjonowany.

Zabawę tradycyjnie zaczęliśmy za stołami od zapoznania gości, toastów, gorzkiej wódki oraz „kto się urodził”. Jak już każdy wypił po 2-3 kieliszki zaczęliśmy pierwszy taniec i zapoznanie gości na parkiecie. Inne zabawy taneczne ciężko było przeprowadzić z racji uciekającego nam nieubłaganie czasu. Postawiliśmy zatem na dobrą muzykę, łączącą pokolenia. Ten scenariusz spisał się świetnie. Oczywiście nie zabrakło dedykacji, kółek dla Pani Młodej i Pana Młodego oraz innych „szybkich zabaw tanecznych”.

Niesamowicie interesująco wypadła druga biesiada za stołami, podczas której goście nie tylko śpiewali ale także tańczyli, tworzyli węże i podróżowali w nich pomiędzy nami i stołami. Pan Młody przyłączył się do nas i razem z nami śpiewał i zabawiał gości. Prawdziwa rodzinna i szampańska atmosfera.

A tutaj możecie obejrzeć kilka zdjęć z tego przyjęcia, które udostępniła nam Para Młoda (serdecznie jeszcze raz dziękujemy).

 

Ania i Marcin podczas pierwszego toastu:

 

Pierwsza biesiada za stołami (jeszcze „spokojnie”:))

 

Gorzko w wykonaniu rozbawionej Pary  Młodej:

 

Tradycyjne zdjęcie rozwodowe. Tym razem farta miał Pan Młody:

 

A tutaj możecie się dowiedzieć jak powstał numer Boso – Zakopawerów. Na pewno byli na którymś z naszych wesel :)

 

Zapomniałem wcześniej napisać, że sukces tego przyjęcia weselnego w dużej  mierze zależał od mega pozytywnego nastawienia Młodej Pary. Życzę takiego optymizmu Wam wszystkim i pamiętacie: Życie jest zbyt krótkie, żeby się nim stresować! Bawcie się i cieszcie każdą chwilą.

Weselne frazy dla tego wpisu:

  • wesele boso
  • wesele ani i marcina warszawa